- Chciałam dożyć - mówi z uśmiechem naszej reporterce:
Maria Stankiewicz urodziła się na Wołyniu. Spędziła tam najpiękniejsze i najstraszniejsze chwile swojego życia. Poznała męża, urodziła dzieci, a potem musiała uciekać z rodzinnego domu, kiedy na Wołyniu rozpoczęły się narodowościowe czystki (tzw. rzeź wołyńska). Do Polski dotarli bydlęcym wagonem. W trakcie tej nieludzkiej podróży z wyziębienia zmarła 13-miesięczna córeczka pani Marii.
Początkowo osiedli na Lubelszczyźnie, ale nie na długo. Ciągnęło ich do ziemi, do pracy na roli - na Wołyniu zostawili piękne i bogate gospodarstwo. Przenieśli się w nasze strony, do Piastoszyna. Tutaj się zadomowili na dobre - wspólnie ciężko pracowali, wychowywali trzy córki. Mąż pani Marii zmarł w 1994 roku. Ona dwa lata temu, po pożarze piastoszyńskiego domu, przeniosła się do wnuka Grzegorza do Chojnic. Mówi, że jest jej tu jak w raju. Ma swój pokój, wciąż dużo czyta. Przeczytała też życzenia z ratusza, zaczynające się od tej złotej myśli:
Nie mogła uwierzyć, że z powodu setnych urodzin gratulacje złożył jej na piśmie sam burmistrz.
Czy te urodziny są takie ważne? - pytała wiceburmistrza Jana Zielińskiego i Bożenę Stopę z USC.
Pani Maria jest samodzielna - myje się i ubiera sama. Oprócz tego, że dokuczają jej zwyrodnienia kręgosłupa i ból kolan, nie narzeka na zdrowie.
W parze ze zdrowiem idzie też spory apetyt. Pani Maria przyznała, że co jakiś czas musi popuszczać guzik przy spódnicy.
Przez te kolana i kręgosłup nie może już robić tego, co lubiła najbardziej - zajmować się ogrodem.
W związku z wejściem w życie 25 maja 2018 r. Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych (RODO) zmieniamy naszą Politykę Prywatności i Regulamin Portalu.
Prosimy o zapoznanie się ze zmianami. Więcej informacji na temat przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz tutaj:
Zamknij okno




















